Piątek, 16 listopada 2012
Kategoria Trening
Zaginiony świat.
Wczoraj była taki syf w powietrzu, że olałem aktywność na "świeżym" powietrzu. Na trenażer jeszcze mnie nie ciągnie więc przeleżałem popołudnie :)
Dzisiaj wcale nie było lepiej no ale trzeba już było ruszyć tyłek. Najpierw kopsłem się do Decathlonu, a potem do Lasku. Mgła taka, że jak tylko minąłem cmentarz na Salwatorze i skończyły się latarnie to od razu ciemność jak w nocy prawie. Zjazdy na Sikorniku pomalutku, czasem trafił się jakiś pieszy lub biegacz i trzeba było uważać bo oczywiście wszyscy na batmana. Na chwilę się zatrzymałem i w snopie światła rzucanym przez lampkę zobaczyłem jak żyje powietrze którym oddychamy. W wąskiej strudze światła pojawiło się całe mnóstwo przeróżnych cząstek, które bezwładnie krążyły w tej ograniczonej przestrzeni.
Ostrożnie zjechałem byłą Białą Drogą i zrobiłem podjazd pod ZOO. Żadne tam ostre napieranie, pomalutku powolutku. Minąłem serpentyny i pomału zbliżałem się do głównej bramy ZOO. Początkowo nic nie dostrzegałem ale po chwili już nie dało sie nie zauważyć, że coś zaczyna się zmieniać. Zaczęło robić się jaśniej, w górze dostrzegłem niebo, które zachowało jeszcze odrobinę niebieskiej barwy po zachodzącym słońcu. W końcu gdy skręciłem w jakąś alejkę w twarz zaświecił mi księżyc.
Ta cudowna chwila nie trwały zbyt długo bo zjazd pod klasztor momentalnie sprowadził mnie do krainy mlecznych oparów z owymi żyjątkami, które znów zaczęły krążyć w blasku rowerowej lampki. Przeleciałem kładką nad Wisłą i ścieżką rowerową wracałem do domu. Tam to już odlot totalny był. Dosłownie mleko takie, że oko wykol. Miejscami miałem problemy co by utrzymać się na wąskiej powierzchni asfaltu. Nie dało się jechać szybciej jak 20 km/h w obawie przed zleceniem z wału lub zderzeniem z jakimś batmanem.
Niekiedy serducho mocniej zabiło gdy w słabym blasku światełko pojawiały się dziwne cienie, poruszając się w ich kierunku odnosiłem wrażenie, że i one się poruszają. Wyobraźnia zaczęła mocniej działać i w głowie pojawiły się różne dziwne myśli. Zaginiony Świat, Lśnienie, Harry Poter - takie obrazy przelatywały mi przed oczami aby po chwili zmienić się w przydrożne znaki i słupki.
Chwila ta jazda trwała i gdy wjechałem w zasięg miejskich latarni to zrobiło się inaczej. Nie wiem czy przyjemniej bo jednak ta jazda we mgle miała w sobie coś porywającego
Dzisiaj wcale nie było lepiej no ale trzeba już było ruszyć tyłek. Najpierw kopsłem się do Decathlonu, a potem do Lasku. Mgła taka, że jak tylko minąłem cmentarz na Salwatorze i skończyły się latarnie to od razu ciemność jak w nocy prawie. Zjazdy na Sikorniku pomalutku, czasem trafił się jakiś pieszy lub biegacz i trzeba było uważać bo oczywiście wszyscy na batmana. Na chwilę się zatrzymałem i w snopie światła rzucanym przez lampkę zobaczyłem jak żyje powietrze którym oddychamy. W wąskiej strudze światła pojawiło się całe mnóstwo przeróżnych cząstek, które bezwładnie krążyły w tej ograniczonej przestrzeni.
Ostrożnie zjechałem byłą Białą Drogą i zrobiłem podjazd pod ZOO. Żadne tam ostre napieranie, pomalutku powolutku. Minąłem serpentyny i pomału zbliżałem się do głównej bramy ZOO. Początkowo nic nie dostrzegałem ale po chwili już nie dało sie nie zauważyć, że coś zaczyna się zmieniać. Zaczęło robić się jaśniej, w górze dostrzegłem niebo, które zachowało jeszcze odrobinę niebieskiej barwy po zachodzącym słońcu. W końcu gdy skręciłem w jakąś alejkę w twarz zaświecił mi księżyc.
Ta cudowna chwila nie trwały zbyt długo bo zjazd pod klasztor momentalnie sprowadził mnie do krainy mlecznych oparów z owymi żyjątkami, które znów zaczęły krążyć w blasku rowerowej lampki. Przeleciałem kładką nad Wisłą i ścieżką rowerową wracałem do domu. Tam to już odlot totalny był. Dosłownie mleko takie, że oko wykol. Miejscami miałem problemy co by utrzymać się na wąskiej powierzchni asfaltu. Nie dało się jechać szybciej jak 20 km/h w obawie przed zleceniem z wału lub zderzeniem z jakimś batmanem.
Niekiedy serducho mocniej zabiło gdy w słabym blasku światełko pojawiały się dziwne cienie, poruszając się w ich kierunku odnosiłem wrażenie, że i one się poruszają. Wyobraźnia zaczęła mocniej działać i w głowie pojawiły się różne dziwne myśli. Zaginiony Świat, Lśnienie, Harry Poter - takie obrazy przelatywały mi przed oczami aby po chwili zmienić się w przydrożne znaki i słupki.
Chwila ta jazda trwała i gdy wjechałem w zasięg miejskich latarni to zrobiło się inaczej. Nie wiem czy przyjemniej bo jednak ta jazda we mgle miała w sobie coś porywającego
- DST 41.20km
- Czas 02:06
- VAVG 19.62km/h
- HRmax 167 ( 92%)
- HRavg 122 ( 67%)
- Kalorie 1529kcal
- Podjazdy 289m
- Sprzęt Accent WIELKIE KOŁA
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 14 listopada 2012
Kategoria Różne
Statystyka.
Dwie jazdy po mieście. Miałem ich nie wpisywać ale zebrała się grubo ponad godzina jazdy i 26 km. No i co będzie jak mi tych kilometrów zabraknie do dychy w tym roku :)
- DST 26.00km
- Czas 01:17
- VAVG 20.26km/h
- Sprzęt Accent WIELKIE KOŁA
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 13 listopada 2012
Kategoria Trening
Po ciemku.
Coraz krótszy ten dzień. Z roboty udało się uciec o czasie. W domu obiad czekał. Tak wszystko niby sprawnie poszło, a pomimo tego jak wychodziłem na pole to już szarówka była. Na Salwator jeszcze bez lampki zajechałem ale już na podjazd pod ZOO wolałem włączyć by momentalnie się ściemniło.Przeleciałem przez lasek, zjechałem do kładki nad autostradą i jeszcze dokręciłem do Tyńca co by do 40-ki dobić bo standardowa pętle ma bodajże 36 km. Razem z ciemnością nadciągnął chłód, ale i tak jak na tą porę roku to trudno narzekać. Ponarzekać można jedynie na krakowskie powietrze. Jak koło Kolnej przejeżdżałem to z domów co stoją obok tak zajechało spalinami, że aż trudno oddychać było. Wbrew pozorom to na przedmieściach gorzej jest niż w centrum miast. Palą śmieciami w tych piecach chyba.
- DST 42.53km
- Czas 02:07
- VAVG 20.09km/h
- HRmax 153 ( 84%)
- HRavg 110 ( 60%)
- Kalorie 1650kcal
- Podjazdy 281m
- Sprzęt Accent WIELKIE KOŁA
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 11 listopada 2012
Kategoria Trening
Szosa z elementami terenu.
Takiej pogody jak dzisiaj nie można było nie wykorzystać. Wczoraj było MTB, dzisiaj poleciałem na szosę. Traskę zaplanowałem dosyć spontanicznie spodziewałem się niespodzianek w postaci terenowych odcinków, które jednak miałem zamiar w jakiś sposób omijać. Początek poszedł spoko, szybko dojechałem pagórkowatymi drogami do Gdowa skąd skierowałem się na Łapanów. Pokonałem fajny podjazd i zjechałem do Łapanowa. Potem skręciłem w lewo i przejechałem przez Cichawkę. Ta wieś leży na uboczu i wygląda jak wymarła. Dodając do tego specyficzne położenie w głębokiej i ostro wciętej dolinie sprawiającej, że słońca ma utrudniony dostęp to jest tu trochę depresyjna atmosfera.
Wieś nie jest jednak duża, kilkadziesiąt domów i zaczyna się soczysty podjazd. Im bardziej w górę tym stromiej. Na górze droga zwęża się i za którym zakrętem asfalt ustępuje miejsca szutrowej nawierzchni. Wjeżdżam w las i tam droga w zasadzie się kończy. Mam dylemat, nie za bardzo chce mi się wracać, a nie wiem też jak długi może być ten terenowy odcinek. Zaryzykuję !
Pomalutku turlikam się na tych cienkich oponkach, przynajmniej tyle, że jest delikatnie w dół. Nawierzchnia typowa pod rower MTB. Na Edge widzę, że za jakieś 500 metrów trasa skręca w lewo pod kątem 90 stopni. Miałem nosa, pojawiają się betonowe płyty, potem kiepski asfalt. Teraz już aż do Łapczycy obywa się bez podobnych przygód chociaż raz jestem zmuszony zmienić trasę.
W Łapczycy kawałek jadę główną drogą w stronę Bochni. Muszę się jakoś przebić do Puszczy Niepołomickiej, a nie chce mi się lecieć aż na Proszówki. Przed Bochnią odbijam w lewo i znów wpadam na terenowy odcinek. Tym razem jest stromiej i bardzo ślisko, kilka razy muszę zejść z roweru. Liczę na to, że na dole jest jakaś normalna droga. Widzę niedaleko domy, jakiś dojazd muszą mieć. Góry już zostały za mną, po płaskim nawet bez asfaltu jakoś poradzę.
Faktycznie na dole wjeżdżam na drogę. Teraz już płasko szybko poruszam się do przodu. Kładką pokonuję Rabę i jeszcze tylko zostaje mi jedna przeszkoda do pokonania. Musze jakoś przejechać na drugą stronę autostrady. Jest wiadukt ale akurat kładą asfalt, na szczęście jest dobrze oznakowany objazd. Po drugiej stronie mam już wygodną, asfaltową drogę przez Puszczę Niepołomicką.
Szybko dojeżdżam do Żubrostrady i znajomą mi znakomicie trasą przez Wole Batorską i Niepołomice docieram do domu. Było trochę przygód, trasa fajna, muszę posiedzieć nad mapą, gdyby udało się wyeliminować te terenowe kawałki to wyjdzie z tego rewelacyjna trasa treningowa. Na początek rozjazd po pagórkach, w środkowej części trasy można robić siłę i interwałki na solidnych podjazdach. No i na koniec zjazd do domu po płaskim. Drogi prawie, że puste, dobrej jakości. Naprawdę fajnie wyszło.
Wieś nie jest jednak duża, kilkadziesiąt domów i zaczyna się soczysty podjazd. Im bardziej w górę tym stromiej. Na górze droga zwęża się i za którym zakrętem asfalt ustępuje miejsca szutrowej nawierzchni. Wjeżdżam w las i tam droga w zasadzie się kończy. Mam dylemat, nie za bardzo chce mi się wracać, a nie wiem też jak długi może być ten terenowy odcinek. Zaryzykuję !
Pomalutku turlikam się na tych cienkich oponkach, przynajmniej tyle, że jest delikatnie w dół. Nawierzchnia typowa pod rower MTB. Na Edge widzę, że za jakieś 500 metrów trasa skręca w lewo pod kątem 90 stopni. Miałem nosa, pojawiają się betonowe płyty, potem kiepski asfalt. Teraz już aż do Łapczycy obywa się bez podobnych przygód chociaż raz jestem zmuszony zmienić trasę.
W Łapczycy kawałek jadę główną drogą w stronę Bochni. Muszę się jakoś przebić do Puszczy Niepołomickiej, a nie chce mi się lecieć aż na Proszówki. Przed Bochnią odbijam w lewo i znów wpadam na terenowy odcinek. Tym razem jest stromiej i bardzo ślisko, kilka razy muszę zejść z roweru. Liczę na to, że na dole jest jakaś normalna droga. Widzę niedaleko domy, jakiś dojazd muszą mieć. Góry już zostały za mną, po płaskim nawet bez asfaltu jakoś poradzę.
Faktycznie na dole wjeżdżam na drogę. Teraz już płasko szybko poruszam się do przodu. Kładką pokonuję Rabę i jeszcze tylko zostaje mi jedna przeszkoda do pokonania. Musze jakoś przejechać na drugą stronę autostrady. Jest wiadukt ale akurat kładą asfalt, na szczęście jest dobrze oznakowany objazd. Po drugiej stronie mam już wygodną, asfaltową drogę przez Puszczę Niepołomicką.
Szybko dojeżdżam do Żubrostrady i znajomą mi znakomicie trasą przez Wole Batorską i Niepołomice docieram do domu. Było trochę przygód, trasa fajna, muszę posiedzieć nad mapą, gdyby udało się wyeliminować te terenowe kawałki to wyjdzie z tego rewelacyjna trasa treningowa. Na początek rozjazd po pagórkach, w środkowej części trasy można robić siłę i interwałki na solidnych podjazdach. No i na koniec zjazd do domu po płaskim. Drogi prawie, że puste, dobrej jakości. Naprawdę fajnie wyszło.
- DST 118.21km
- Teren 4.00km
- Czas 04:41
- VAVG 25.24km/h
- HRmax 162 ( 89%)
- HRavg 126 ( 69%)
- Kalorie 4588kcal
- Podjazdy 854m
- Sprzęt Skocik samojad :)
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 10 listopada 2012
Kategoria Wycieczka
I jeszcze raz Ojców.
Wypad do Ojcowa i w dolinki. Towarzystwo nawet się ruszyło, spod smoka wyjechała grupa w składzie Furman, Buli, Pocio, Axi, PePe, Szbiker, Schweapes. W Ojcowie dołączył się Erni z kumplami, a ubył Pocio. Potem jeszcze Buli pojechał swoimi ścieżkami, Erni z kumplami też się odłączyli a my przed Będkowską i Bolechowicką dawaliśmy do Krakowa. Pogoda super, w terenie nawet nie jest źle. Ślisko jedynie co mogłem odczuć na zjeździe. Puściłem się szybciej w dół i w jakimś momencie przednie koło chyba wpadło w jakąś muldę..no i wysypałem dosyć solidnie ale akurat miałem szczęście bo teren był miękki i obeszło się bez strat.
- DST 77.58km
- Teren 30.00km
- Czas 03:44
- VAVG 20.78km/h
- HRmax 169 ( 93%)
- HRavg 122 ( 67%)
- Kalorie 3292kcal
- Podjazdy 707m
- Sprzęt Składak na ramie Ghost Lector.
- Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 9 listopada 2012
Kategoria Trening
Niepołomice.
J.w.
- DST 53.13km
- Teren 1.00km
- Czas 02:11
- VAVG 24.33km/h
- HRmax 166 ( 91%)
- HRavg 129 ( 71%)
- Kalorie 1815kcal
- Podjazdy 137m
- Sprzęt Accent WIELKIE KOŁA
- Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 7 listopada 2012
Kategoria Trening
Coś tam jeździłem.
Nie ma co pisać za bardzo. Zimno, mokro i wieje ale jeszcze nie ma tragedii. Da się jeździć i w sumie jak by nie lało to może nawet przyjemne by to było :)
- DST 36.47km
- Czas 01:52
- VAVG 19.54km/h
- HRmax 152 ( 83%)
- HRavg 118 ( 65%)
- Kalorie 1548kcal
- Podjazdy 275m
- Sprzęt Accent WIELKIE KOŁA
- Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 6 listopada 2012
Kategoria Trening
Niepołomice.
Jazda do Niepołomic. Trochę, a może nawet więcej niż trochę zawiewało dzisiaj. Katriny czy Sandy to nie było ale poczułem mrowienie w łydach gdy miejscami trzeba było mocno przepychać. Pogoda do jazdy optymalna, może ciut chłodno ale poza tym ok. Kilkuminutowy deszczyk nawet porządnie mnie nie zmoczył :)
- DST 52.90km
- Teren 1.00km
- Czas 02:18
- VAVG 23.00km/h
- HRmax 157 ( 86%)
- HRavg 127 ( 70%)
- Kalorie 1817kcal
- Podjazdy 139m
- Sprzęt Accent WIELKIE KOŁA
- Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 4 listopada 2012
Kategoria Wycieczka
Znów Ojców.
Wypad do Ojcowa zgodnie z propozycją Lesława. Miała być Pieskowa Skała ale jakoś nie bardzo nam się już chciało. Jechał Lesław, Pocio, ja i MagdaP. Tempo totalny lajt, prawdziwa wycieczka wyszła.
- DST 68.47km
- Teren 20.00km
- Czas 03:42
- VAVG 18.51km/h
- HRmax 164 ( 90%)
- HRavg 117 ( 64%)
- Kalorie 2853kcal
- Podjazdy 728m
- Sprzęt Składak na ramie Ghost Lector.
- Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 3 listopada 2012
Kategoria Trening
Jazda w grupie - okolice Wolbromia.
Więc tak. Uzbierało się trochę luda, nie wszystkich za bardzo kojarzyłem więc mogą się meldować
Spod Smoka wyjechaliśmy w czwórkę, pod Jubilatem zaczekaliśmy na spóźnionego pocia i już w pięciu polecieliśmy na Kryspinów. Tam dołączyli przypadkowo spotkanie Erni z kumplem, a w Zabierzowie jeszcze Sławek na góralu na slikach. Tempo szło może nie rzeźnickie ale dosyć mocne, często rwane przez czekanie na spóźnialskich.
Gdzieś w okolicy Wierzchowic zaginął pocio, niby umówiliśmy się przez telefon, że stykniemy sie ponownie w Ojcowie ale jednak już tego dnia nasze drogi się nie zbiegły i ubył nam jeden gość z peletonu. W międzyczasie spotkaliśmy bikeholikową wycieczkę w składzie Szamam, Buli, Królik, Waldek. Chwilę pogadaliśmy i z Murowni zjechaliśmy po kostce do Ojcowa.
Tutaj odłączył się Erni z kumplem i już w piątkę dawaliśmy na Pieskową. Coraz więc kłopotów z utrzymaniem koła miał Sławek, podczas gdy my chwilę zatrzymaliśmy się pod sklepem on pojechał do przodu co by nadrobić ale już nie zobaczyliśmy się tego dnia. W czwórkę podkręciliśmy trochę tempo i już całkiem sprawnie zaczęliśmy pokonywać kolejne kilometry.
Wylecieliśmy na główną drogę do Wolbromia ale nie dojechaliśmy tam bo Marcinowi zaczęło się spieszyć , a nasz kolega jadący pierwszy raz kolarce też zaczął mieć problemy z utrzymaniem koła. Jakoś bokami doturlikaliśmy się do drogi na Iwanowice i przez Laski Dworskie (fajna nazwa) tam właśnie dotarliśmy.
W Iwanowicach skręt na Krasieniec, Marcin odjeżdża bo już czas go pili a my już bardzo powoli toczymy się do Krakowa. Jeszcze objadamy się jabłkami w przydrożnym sadzie i docieramy do Krakowa.
Wyjazd bardzo udany, pogoda rewelacja, warto napisać, że z okolic Wolbromia widzieliśmy i to bardzo wyraźnie Tatry. Takie coś chyba zdarza się pewnie kilka razy w roku lub może nawet rzadziej. Tempo było dosyć rwane, często czekaliśmy na innych ale mi to nawet pasowało bo moja obecna forma nie pozwalała chyba na więcej.
#
Spod Smoka wyjechaliśmy w czwórkę, pod Jubilatem zaczekaliśmy na spóźnionego pocia i już w pięciu polecieliśmy na Kryspinów. Tam dołączyli przypadkowo spotkanie Erni z kumplem, a w Zabierzowie jeszcze Sławek na góralu na slikach. Tempo szło może nie rzeźnickie ale dosyć mocne, często rwane przez czekanie na spóźnialskich.
Gdzieś w okolicy Wierzchowic zaginął pocio, niby umówiliśmy się przez telefon, że stykniemy sie ponownie w Ojcowie ale jednak już tego dnia nasze drogi się nie zbiegły i ubył nam jeden gość z peletonu. W międzyczasie spotkaliśmy bikeholikową wycieczkę w składzie Szamam, Buli, Królik, Waldek. Chwilę pogadaliśmy i z Murowni zjechaliśmy po kostce do Ojcowa.
Tutaj odłączył się Erni z kumplem i już w piątkę dawaliśmy na Pieskową. Coraz więc kłopotów z utrzymaniem koła miał Sławek, podczas gdy my chwilę zatrzymaliśmy się pod sklepem on pojechał do przodu co by nadrobić ale już nie zobaczyliśmy się tego dnia. W czwórkę podkręciliśmy trochę tempo i już całkiem sprawnie zaczęliśmy pokonywać kolejne kilometry.
Wylecieliśmy na główną drogę do Wolbromia ale nie dojechaliśmy tam bo Marcinowi zaczęło się spieszyć , a nasz kolega jadący pierwszy raz kolarce też zaczął mieć problemy z utrzymaniem koła. Jakoś bokami doturlikaliśmy się do drogi na Iwanowice i przez Laski Dworskie (fajna nazwa) tam właśnie dotarliśmy.
W Iwanowicach skręt na Krasieniec, Marcin odjeżdża bo już czas go pili a my już bardzo powoli toczymy się do Krakowa. Jeszcze objadamy się jabłkami w przydrożnym sadzie i docieramy do Krakowa.
Wyjazd bardzo udany, pogoda rewelacja, warto napisać, że z okolic Wolbromia widzieliśmy i to bardzo wyraźnie Tatry. Takie coś chyba zdarza się pewnie kilka razy w roku lub może nawet rzadziej. Tempo było dosyć rwane, często czekaliśmy na innych ale mi to nawet pasowało bo moja obecna forma nie pozwalała chyba na więcej.
#
- DST 122.91km
- Teren 1.50km
- Czas 04:38
- VAVG 26.53km/h
- HRmax 175 ( 96%)
- HRavg 132 ( 72%)
- Kalorie 4934kcal
- Podjazdy 900m
- Sprzęt Skocik samojad :)
- Aktywność Jazda na rowerze